• Wpisów:46
  • Średnio co: 71 dni
  • Ostatni wpis:9 lata temu, 18:38
  • Licznik odwiedzin:61 992 / 3380 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Jedną z najważniejszych rzeczy o jakich często zapominamy to adaptacja Waszego pomieszczenia do pracy z dźwiękiem. Tak już jest że to co słyszycie odbija się na tym jakie produkcje robicie. Można mieć sprzęt z najwyższej półki i sknocić całą produkcję lub mieć przeciętny sprzęt ale przy dobrze przygotowanym pomieszczeniu, wiedzy i dobrym uchu zrobić coś na wysokim poziomie. Są różne rozwiązania, często kompletne które będą Was kosztować spore pieniądze ale też bywają fajne sposoby aby w miarę tanio lub własnym sumptem zrobić całkiem niezłą adaptację Waszego pokoju na cele produkcji.
Od czego zaczniemy? Od sprawdzenia co się dzieje z dźwiękiem w Waszym pokoju. Stańcie w różnych miejscach i klaśnijcie raz w dłonie. Jeżeli usłyszycie szybkie echo a raczej takie TRRRRRRRR to znaczy że pomiędzy ścianami odbija się dźwięk. Czym więcej odbić tym większe rozmycie dźwięku a w efekcie tym mniej detali będziecie słyszeć. Oto kilka porad jak można w miarę niewielkim kosztem poprawić akustykę pomieszczenia:

- jeżeli nie macie dywanu to najwyższa pora go położyć.
- na allegro jest dużo ofert taniej gąbki akustycznej. Kupcie kilka metrów i potnijcie ją na części. Może być tak 0.5m/0.5m lub 0.5m/1.0m. Następnie przymocujcie za pomocą kleju do tapet lub w przypadku ściany gipsowej pistolet na wszywki też da radę. Nie trzeba oklejać całej ściany. Wystarczy że wasze "panele" będą umieszczone co jakiś czas. Najważniejsze jednak aby były umieszczone na wysokości waszego ucha.
- podobnie tylna ściana powinna być wygłuszona. Tam czym więcej tym lepiej.
- rogi pomieszczenia to cholernie "odbicio-twórcze" cholery. Również na allegro można kupić tak zwane ćwierć wałki z gąbki. Są specjalne gąbki wygłuszające rogi pomieszczenia ale te są jednak bardzo drogie.
- Wasze monitory (głośniki) powinny oddychać czyli mieć wystarczająco dużo miejsca. Oddalcie od tylnej ściany monitory jak najdalej możecie. Również czym dalej będziecie siedzieć od monitorów tym lepiej.
- monitory ustawcie na kilku starych książkach na wysokości uszu. Wibracje jakie powodują głośniki też są denerwujące i przeszkadzają w pracy.
- jeżeli macie smykałkę Adama Słodowego (dla młodszych to taki pan co kiedyś w TV prowadził program dla majsterkowiczów) to można zrobić panele ze sklejki, waty ocieplającej obitych płótnem. Na necie znajdziecie różne patenty jak ro zrobić.

Akustyka Waszego miejsca pracy jest bardzo ważna. Poświęćcie trochę czasu na to aby Wasze domowe studio było jak najlepiej przygotowane do pracy. Poniżej kilka przykładów.

 

 
Są dwie szkoły potocznie zwane Falenicką i Otwocką jak zabrać się za pisanie utworu. Ja rozróżniam dwa rodzaje utworów "track" i "song". To taka moja osobista klasyfikacja utworów. Tracki to numery, które bazują na pewnym jednym motywie przewijającym się przez cały utwór. W muzyce klubowej często jest to linia basowa, linia melodyczna, coś na czym bazuje cała reszta utworu. Song czyli piosenka ma najczęściej bardziej skomplikowaną strukturę. Wiadomo że w każdym utworze mamy tak zwane intro czyli wstęp, rozwinięcie, główną część, często bridge czyli przerywnik dający oddech w utworze lub mający spełniań rolę momentu ekstatycznego czyli wszyscy wznosimy ręce do góry no i zakończenie czyli outro. W zależności czy jest to track czy song inaczej konstruujemy nasz utwór. W tracku raczej nie zdradzamy od razu wszystkiego tylko budujemy napięcie podczas gdy w piosence raczej od razu podajemy na tacy nasz główny motyw aby ten przez cały czas wbijał się w pamięć słuchacza. To oczywiście główne zasady, które oczywiście mogą być łamane w zależności od naszej wizji twórczej. W przypadku piosenek autorzy bardziej bawią się zmianami w harmonii i melodyce jednak w obydwu przypadkach musimy mieć coś co zapadnie w pamięć słuchacza. Czy będzie to gitarowy riff od którego zaczniemy cały utwór, czy refren piosenki, czy jakiś jeden charakterystyczny instrument, a może linia basowa, która będzie lecieć przez cały Wasz numer. Niezależnie co to będzie, musi być zapamiętywalne.
Nie każdy wie że są wielu znanych artystów używa sprawdzonych tricków, podobnych zestawów słów, podobnych akordów. Muzyka to emocje. Przez muzykę wywołujemy różne stany emocjonalne u słuchacza: radość, smutek, euforię, zadumę... W zależności jaki stan chcemy wywołać takie harmonie, akordy czy linie melodyczne musimy zastosować. Są akordy czy ich zestawienia, które właśnie wywołują pewne emocje. Podobnie jest ze słowami. Są pewne słowa czy zwroty, które zawsze zapadają w pamięć słuchaczy. A tytuły? Również tytuły powinny już same zachęcać do wysłuchania utworu. 1000 razy lepiej brzmi "Twoja miłość jest jak nowokaina" niż proste "Zakochałem się w tobie". Będąc w Wielkiej Brytanii widziałem wiele pozycji książkowych, których tytuły mówiły same za siebie "Jak napisać hitową piosenkę", "Jak napisać hitowy tekst". Jakkolwiek mniej lub bardziej sceptycznie można się do nich odnieść, warto się z nimi zaznajomić.

Różni artyści zaczynają w różny sposób pracę nad utworem. Jedni zaczynają od beatu i linii basowej, aby później dorobić do tego całą resztę. Inni zaczynają od melodii zagranych na fortepianie, zagranych na gitarze czy innym instrumencie. Niezależnie od tego jaka jest Wasza droga, pamiętać trzeba zawsze o tych kilku sprawach: jakie emocje chcemy wywołać w słuchaczu oraz jak wbijemy się w jego pamięć. Jak już wiele razy pisałem, utworów czy artystów jest multum. Hitów i gwiazd jest niewiele. Kombinacja tych wszystkich elementów zwiększa szanse na osiągnięcie sukcesu.
  • awatar natka@: @gość: Hej, hej! Ja mam zamiar to znaczy mysilę czy zostać pisarką? Czy kompozytorem? Mam na swojm koncie dużo piosenek mojego wykonania i opowiadań. Ale wielkie<HELP!> Chodzę do 4 kl. mam muzykę ale nie umiem pisać nut! HELP HELP HELP!
  • awatar Gość: bARDZO CIEKAWE PODEJSCIE DO ZAGADNIENIA. POLECĘ TEN BLOG ZNAJOMYM, KTÓRZY ROBIĄ HOUE. POZDRAWIAM.
  • awatar Gość: tak! chce sie o tym dowiedziec!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Ostatnio mówi się dużo o plagiacie jakiego miała dopuścić się Doda. Słuchając porównania obydwu numerów jakie pojawiło się w internecie można stwierdzić - tak to ten sam numer. Doda oczywiście odżegnuje się i broni że nic o tym nie wiedziała. Nie jestem fanem tej pani czy wręcz większość w niej mnie irytuje i jedyne co może mi się podobać to jej konsekwencja w działaniu i przysłowiowa "twarda dupa" jaką trzeba mieć w showbusinesie. Jednak aby zrozumieć całą sytuację trzeba się zaznajomić z kwestią praw autorskich, umów pomiędzy wytwórnia, artystą, producentem i kompozytorem. Jeżeli artysta jest kompozytorem i autorem tekstu to sprawa jest prosta. W zależności od umowy z wydawcą wszystkie prawa przynależne lub ich większość należą do artysty i to on deklaruje że utwór jest jego oryginalną pracą. Jeżeli artysta jest tylko wykonawcą, wytwórnia zatrudnia producenta, autora muzyki i tekstów do przygotowania dla niego materiału. Oddzielne umowy regulują sprawy przynależności praw autorskich na osi wytwórnia-autorzy, na której nie ma wykonawcy gdyż ten ma oddzielną umowę a jego dochody pochodzą z innych źródeł (koncerty, prawa wykonawcze, procent od sprzedaży płyt itp.). Może być również tak że to artysta zamawia u autora gotowy materiał i to on odpowiada przez wytwórnią. Chociaż w/g oświadczenia jakie ukazało się w internecie raczej tak nie było.

Mimo domniemanego wysokiego IQ pani Dody, nie podejrzewam że była by na tyle utalentowana żeby sama pisać piosenki. Zresztą osobiście wiem że tak nie jest. W/g informacji podanych w internecie autorami tekstów jest dwóch panów Mark T. i Mark L. Poniekąt znanych w środowisku. Jeżeli rzeczywiście dojdzie do sprawy w sądzie wydaje mi się że ciąg zdarzeń będzie taki: Doda umywa ręce bo rzeczywiście mogła nie wiedzieć że to plagiat lub mieć co najwyżej świadomość że utwory wzięte są z fińskiego publishingu (publishing to potocznie baza danych utworów, do której autorzy dają swoje utwory aby inni odpłatnie mogli z nich korzystać). Universal Music Poland, który będzie najprawdopodobniej pierwszym pozwanym, zwali sprawę na autorów, którym zlecił napisanie i przygotowanie materiału na podstawie podpisanej z nimi umowy i pewnie wytoczy kolejną sprawę przeciw nim. W największej dupie będą obydwaj Panowie autorzy z dwoma sprawami sądowymi na karku.

Jaki morał z tej historii? Piszcie sami swoje piosenki. Wzorować się można, i tak robią to wszyscy. Pomysły od innych czerpać można. Stylizować się na kimś też można. Ale kraść absolutnie NIE. Jeżeli numer nie został wzięty legalnie z publishingu, nie jest to cover gdzie autorzy dostają swoje tantiemy jako oryginalni twórcy (z wynikłej afery okazuje się że jednak nie) to mamy do czynienia z plagiatem a plagiat to właśnie kradzież. A ode mnie to powiem na koniec tyle - Marki stary ale dałeś dupy...
  • awatar Gość: Bo to było ziomuś tak z przekąsem napisane... Z przekąsem >=D
  • awatar Toro: @guitarboy: wyjatki sie zdarzaja :)
  • awatar Gość: Nie mogę się z Panem zgodzić w jednej kwestii. Napisał Pan, iż domniemany poziom IQ stoi jej na przeszkodzie, by napisać własny utwór. IQ nie ma nic do rzeczy. Mam koleżankę, niezbyt bystrą, za to piszącą świetne wiersze, które staramy się przekształcić w poezję śpiewaną. I przyznam, teksty mają naprawdę wysoki, poetycki poziom. Pozdrawiam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Właśnie ktoś podesłał mi trailer do najnowszego filmu o jednym z najważniejszych nurtów we współczesnej muzyce. Jak przytaczani artyści w zwiastunie powiedzieli: często niedoceniana, nierozumiana, jazz 21go wieku, house is a feeling.


To oficjalna strona tego filmu. Bardzo chciałbym to zobaczyć. Dźwięki w muzyce house zawsze mnie fascynowały.

http://untitledhousemusicdocumentary.com/
  • awatar tonique: Widze, ze w filmie pojawil sie Jonny Fiasco (koles w okolarach) to dobrze, bo to jeden z tych kolesi, co o historii house moga wiele powiedziec, mimo iz naleza raczej do drugiej lub trzeciej 'fali'.
  • awatar tonique: Na na swoim blogu, jeszcze przed zeszlymi wakacjami, pisalem, ze Planete pusci w wakacje cykl roznych ciekawych filmow, w tym takze 'plynny winyl', w ktorym byla mowa wlasnie o poczatkach muzyki house o legendarnym: Larry Levin czy Franocis K. (ktorego uwaza sie i slusznie za prawdziwego ojca francuskiego brzmienia house).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Dzisiaj przeczytałem w Dzienniku Internautów artykuł o nowym projekcie francuskiego parlamentu, który ma uderzyć w piratów. W/g badań co trzeci z 30 mln francuzów przyznaje się do nielegalnego ściągania z sieci muzyki, filmów, gier. W planach jest odcinanie użytkowników od sieci, którzy mają nielegalne produkty na swoich komputerach. Dostawcy internetu mają zostać zobowiązani do egzekwowania i monitorowania swoich sieci.

Jako twórcy teoretycznie cieszy mnie podjęcie takiej inicjatywy ale, parafrazując "niech ten bez winy rzuci kamieniem", niewiele to da. Poza tym pewnych trendów nie da się już zatrzymać. Takie próby były już podejmowane i nic z tego nie wyszło. Przypomina to próbę blokowania komputera dzieci przez ich rodziców. Nie oszukujmy się - gówniarz zna się często lepiej na kompie niż jego rodzic i zawsze znajdzie sposób na obejście takich czy nie innych zabezpieczeń aby wejść na strony z darmowym porno.
Mam dużo znajomych pracujących w branży IT. Bardziej od strony programistycznej. Wierzcie lub nie ale oprogramowanie monitorujące nasze komputery dawno już istnieje. Systemy do zdalnego sprawdzania zawartości dysków, mimo wszelakich zabezpieczeń, już dawno istnieją i jedynie ograniczenia prawne w poszczególnych krajach nawiązujące do swobód obywatelskich nie pozwalają na ich wprowadzenie. No dobrze ale czy wszyscy piraci (tak na prawdę zapewne 90% użytkowników) mają trząść portkami ze strachu? Rozwiązaniem jest projekt lub raczej propozycja projektu jaki proponują autorzy tych systemów monitorujących. Pewnego dnia może się okazać że dostaniemy list z listą wszystkiego co mamy na kompie z propozycją "Panie Iksiński, wiemy co ma pan u siebie. jednak proponujemy Panu zalegalizowanie wszystkiego w cenie 20 Euro". Nie ważne co mielibyśmy na kompie. Nie ważne ile nielegalnego warezu mieściły by nasze dyski. Abolicja legalizowała by wszystko do momentu podpisania umowy i wpłacenia opłaty. Jednak od tego momentu cała reszta musiała by być legalna. Resztę piratów karano by srogo. Osobiście to mi się podoba. Już jakaś część pieniędzy, powiem więcej JAKIEKOLWIEK pieniądze poszły by do kieszeni twórców. A to już miało by jakiś sens. Nie uważacie?

Poniżej link do artykułu.

http://di.com.pl/news/25991,0,Francja_Piratow_jednak_odetna.html

Kolejnym ciekawym tekstem jest artykuł o koncertach w najnowszym wydaniu Future Music Polska (magazyn dostępny w kioskach i salonach prasowych). Uwielbiam wersję angielską. sam czerpie z każdego numeru tony potrzebnej mi wiedzy. Polska edycja nadal, przynajmniej z mojej perspektywy, za mocno skupia się na teorii niż praktyce. Ale to dobrze dla tych co zaczynają swoją zabawę z dźwiękiem i muzyką. Cieszy mnie osobiście fakt że Ewa Kuba autorka artykułu "Jak zarobić na koncertach" rozwija temat, który ja zaznaczyłem w moim pierwszym dużym felietonie na tym blogu. Wydawanie płyt, sprzedaż w internecie, darmowe rozdawanie muzyki w tych czasach to forma promocji i prestiżu. Powraca czas muzyki na żywo, koncertów, kontaktu artysty ze słuchaczem. Cieszę się z tego powodu. Oby tylko, jak zaznaczyła autorka, ludzie chcieli płacić za bilety. Młodzież przyzwyczajona do darmowych festynów, dni miast, sponsorowanych spędów, nie za bardzo chce płacić za oglądanie artystów. Ale zastanówmy się. W końcu za muzykę trzeba jakoś zapłacić. Nie wszystko może być za darmochę. Jeżeli artyści nie będą zarabiać, to podzielą los dinozaurów. A wtedy zostanie nam wybijanie rytmu co najwyżej w rynnę. Zapraszam do lektury!
  • awatar tonique: Poza tym wspomniales o tym, co chce zrobic Francja, ale wystarczy pokazac chociazby ostatni spor pomiedzy Google - Youtube a PRS (brytyjski ZPAV). Zreszta podobne manerwy ostatnio zrobi takze Zaiks wzgledem YT, zapewne zwietrzyl latwa kase: http://wiadomosci.mediarun.pl/news/31040,
  • awatar tonique: co do arta z FMP co do eventow to podobny pojawil sie w Przekroju: http://przekroj.pl/kultura_muzyka_artykul,4253.html
  • awatar muzyk: @gość: Hej, dzieki za poprawienie mnie. Nie jestem fachowcem od oprogramowania. Sprzedaje tylko to co usłyszałem od ludzi mądrzejszych ode mnie. Sam byłem zdumiony, przytaczałem dokładnie te same argumenty - firewall, blokada portów itp. Człowiek pracujący w tej firmie powiedział mi że prace nad monitorowaniem komputerów w sieci są bardzo zaawansowane. Z ogólnego, trudnego dla mnie do zrozumienia, technicznego bełkotu wyłapałem że zasada działania jest coś pomiędzy cookie, deamonem, współpracą z dostawcą internetowym, analizą plików (podobną do tego jaka jest w iTunes Genius) i czymś tam jeszcze. Firma jest z Finlandii.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Pijąc poranną kawę i ćmiąc porannego papieroska natknąłem się na artykuł pod tytułem "Dzięki MP3 lubimy druciany dźwięk" na stronie bodajże Dziennik Internautów. W dużym skrócie mówi on o tym że w dobie odtwarzaczy mp3, ipodów, głośniczków komputerowych, słuchaczom ogólnie zwisa i powiewa czy utwory są wysokiej jakości czy nie. Nikomu nie przeszkadza metaliczny sound jaki powstaje przy kompresji mp3. Ba, w/g badań wręcz słuchacze polubili taki dźwięk!
Artykuł również zaznacza jeszcze jeden temat, który jest ostatnio mocno dyskutowany wśród światowych producentów i realizatorów czyli wyścig o jak najgłośniejsze nagrania. Co prawda w artykule autor pisze o tym w kontekście zdrowia słuchaczy ale jest to coś o czym aktualnie się dyskutuje.

Coś w tym jest. W końcu kto teraz słucha muzyki na super sprzęcie? Pamiętam jak za młodu każdy chciał mieć jak najlepszy wzmacniacz, najlepsze kolumny, najlepszy magnetofon. Przesłuchanie płyty CD u kolegi, który był szczęśliwym właścicielem takiego urządzenia było ucztą. Audiofile to gatunek na wymarciu. Muzykę kupujemy lub o zgrozo ściągamy za darmo z internetu. W tym drugim przypadku często w FATALNEJ jakości. Dlatego producenci zaczynają realizować swoją muzykę właśnie pod ten rynek. Pod głośniczki w laptopie, pod słuchaweczki w ipodzie, pod kiepski sprzęt w klubie, pod... zestaw kina domowego. Mój znajomy anglik powiedział mi niedawno "jeżeli mój numer dobrze brzmi na laptopie to dobrze zabrzmi wszędzie". No tak, to wszędzie oznacza wszystkie odtwarzacze "empeczy" od najtańszego chińskiego gówna po najdroższy iPod Touch. Dlaczego więc mamy się starać? Czy dla Was słuchaczy na prawdę to jest takie obojętne?

Co do najnowszej "wojny o głośność". Wyjaśnię o co w tym wszystkim chodzi. Jeszcze kilka lat temu numery nie były tak głośne jak teraz. Obecnie producenci prześcigają się w pompowaniu głośności swoich numerów w/g zasady "moje kung-fu jest lepsze niż twoje". Walka o dodatkowe decybele jest niczym wyścig zbrojeń. Mam nowy kompresor, mam nowy sumator, mam nowy hardware czy nowy software dzięki którym mogę wyciągnąć dodatkowe 2 decybele. Ale czy to takie ważne? Nie przeczę że i mnie to wciągnęło ale gdzieś tam w mojej głowie są resztki zdrowego rozsądku. Moje kung-fu jest już wystarczająco głośne. Teraz chcę aby było jak najbardziej wyrafinowane, nawet dla swojej własnej satysfakcji.

  • awatar muzyk: @gość: zapytał się o program do nagrywania rocka. Każdy program się do tego nadaję. Jednak w przeciwieństwie do elektroniki, rock to bardzo wymagająca muzyka pod względem sprzętu zewnętrznego i studyjnego. Proponuję nagrać demo na dostępnym sprzęcie i udać się do bardziej profesjonalnego studia gdzie można nagrać wszystkich żywych muzyków w odpowiednich dla nich warunkach. Aby wybrać takie studio należy poszperać w internecie, przesłuchać lub dowiedzieć się co dotychczas realizowali, jaki mają sprzęt i ile biorą za godzinę wynajęcia studia z realizatorem. Jeżeli już koncertujecie, odłóżcie trochę kasy właśnie na pierwsze profesjonalne nagranie w profesjonalnym studiu. Niestety, elektronika w dzisiejszych czasach ma łatwiej.
  • awatar muzyk: @Guitarboy: Często w produkcji używa się ditheringu, saturacji, deformacji dźwięku aby uzyskać pożądany efekt. Tak pamietam nie tylko mp2 ale i format iff czy 8-mio bitowy sound z C-64. Wszystko można wykorzystać w produkcji jeżeli podejdzie się do tego twórczo.
  • awatar Gość: Mp3 samo w sobie jest formatem, który powoduje jak najmniejsze zużycie miejsca na nośniku. Dlatego też często dochdzi do zniekształceń. A poza tym należy dodać, że niestety często formaty mp3 są po prostu przekształceniami. W domowych warunkach, na podrzędnym programie zmienia się format np. ogg w mp3, czy wma w mp3. Chore. Przy okazji. Słuchał pan kiedyś jakiegoś klasyka z lat 80 w formacie mp2? Jest zniekształcenie, ba, dźwięk jest brudny jak (przepraszam za wyrażenie) Mietek pod budki z piwem, ale jednak ma swój klimat. Czasem ten brud, te zniekształcenia są celowe, bynajmniej nie dlatego, że to chwyt marketingowy, lub by się dobrze sprzedawało, ale dlatego, że nadaje to klimat samemu utworowi. Pozdrawiam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (31) ›
 

 
Praca producenta muzyki, realizatora dźwięku to ciągłe dokształcanie się. Ciągłe szukanie nowych patentów. Tricków. Sposobów aby sound był jeszcze lepszy. Problemem wielu już znanych i szanowanych realizatorów są przyzwyczajenia. Coś co dla wielu jest jednym z podstawowych tricków do zrobienia fajnego i dynamicznego numeru dla innych okazuje się czymś zadziwiającym. Mówię tutaj o tak zwanym "sidechain compression" czyli potocznej pompie w numerze.

Wyjaśnię pokrótce jak to się robi. Ważnym urządzeniem w muzyce jest kompresor. Tak jak pakowaczka plików ZIP czy RAR tak i kompresor pakuje pewną ilość dźwięku w odpowiednim miejscu w odpowiedniej ilości. Nie chcę się rozpisywać na temat kompresorów jako takich i odsyłam do googla jednak sidechain compression polega na tym ze sygnał jednego instrumentu steruje kompresorem, który wpływa na brzmienie i zachowanie innego instrumentu.

Wiemy że w podobnym zakresie częstotliwości grają perkusyjna stopa i bas. Często nachodzą na siebie. Chcemy aby nasze instrumenty podkładowe jak pady, stringi, falowały w rytm beatu. Dlatego używamy kompresora, który... wycisza te właśnie instrumenty dokładnie wtedy gdy uderza nasza perkusyjna stopa. Proste prawda? Przytaczany przeze mnie często youtube jest świetnym miejscem gdzie można znaleźć filmiki, które pokazują dokładnie jak to uzyskać w zależności od programu jaki używamy. Regulując nie tylko zakres ingerencji kompresora ale i czas jego działania czyli atak i release, uzyskamy dokładnie efekt pompy.

Wpiszcie więc w youtube słowo "sidechain" i nazwe swojego programu aby dowiedzieć się jak to się robi. Ja poniżej daje przykładowe filmiki jak to się robi w programach Cubase i Ableton Live. Miłego eksperymentowania


  • awatar Gość: Witam. Jestem początkującym muzykiem.Na obecnym etapie mam mozliwosc pracy jedynie na garage bandzie.Jak oceniasz możliwości tego programu i czy znasz jakiesc ciekawe tricki w tym programie wlasnie?Chocby sidechain.Pozdrawiam
  • awatar Gość: A czemu nie można komentować starszych wpisów? Bardzo podobał mi sie wstęp Pana do Pingera i pierwsza notka. Uważam, że ma Pan talent i powinien Pan pisac dalej. Zna się Pan na tym o czym Pan pisze, to w POlsce rzadkość. Trzymam kciuki za ten blog! Marcin Skonieczny - Wruk
  • awatar muzyk: Jeżeli dobrze zrozumiałem to sidechain compression uważasz za degradacje w mixie. Moim zdaniem to wszystko zależy czy ktoś chce użyć tego efektu jako głównego elementu aranżacji czy też jako czegoś co po prostu da "światło" w mixie, rozjaśni całość i da miejsce na instrumenty które są dla Ciebie najważniejsze. Myślę że właśnie w tym drugim przypadku mogłoby to być dla Ciebie interesujące (choć niekoniecznie). To tylko trick, sposób jeden z wielu. Co do zarabiania z muzyki to już o tym napisałem wcześniej w felietonie o komercji. Zachęcam do przeczytania. A ja lecę do pracy, w końcu też trzeba zarabiać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Często wśród producentów, artystów, muzyków pada hasło "jest zamówienie więc zróbmy coś na czasie". Jest pomysł, mniej więcej wiemy w którym kierunku chcemy iść. Teoretycznie wiemy jak to powinno się zrobić i... niestety wychodzi coś co bardziej przypomina próby ugotowania obiadu przeze mnie. Tak, to prawda - mogę mieć w lodówce wszystkie potrzebne artykuły o najwyższej jakości a przed nosem przepis z książki kucharskiej a i tak wyjdzie z tego coś co zagwarantuje Wam tygodniowy urlop w szpitalu lub przynajmniej kilkugodzinne posiedzenie w przytulnej atmosferze Waszego kibelka.

Dokładnie to samo jest w przypadku nowego numeru Kayah. Znamy zamysł, który od razu wypunktowany jest w pierwszych sekundach numeru z elektronicznie brzmiącym intro. Aha, myślimy - będzie dancowo. Niestety to co się dzieje dalej przypomina moje wypociny kuchenne. Mamy najlepsze składniki: fantastyczną wokalistkę, słychać drogie studio i rękę doświadczonego realizatora, mieliśmy fajny pomysł a....
wyszedł roztrój żołądka. Co według mnie jest nie tak z tym numerem? OK pokrótce wypunktujmy:

1. Numer ni jak nie podchodzi pod żaden styl muzyczny. Nie jest to dance, nie jest house, nie jest nawet współczesny pop. Wystarczyło by zmienić beat na bardziej afrobeatowy (taki jaki aktualnie jest eee hmmm... "na czasie" i już było by lepiej.

2. Realizator skoncentrował się bardziej na uwypukleniu instrumentów i partii ze środka pasma, podczas gdy jeżeli robimy muzykę taneczną to środek jest zmniejszany, ucinany, przyciszany (sposobów jest wiele) dając miejsce w miksie temu co jest w muzyce tanecznej najważniejsze czyli sekcji rytmicznej (beat i bas). Ponieważ realizator zawsze musi uwypuklić wokal to automatycznie wszystko się schowało.

3. Wielu muzyków jest niewolnikami tak zwanych presetów, czyli dźwięków i brzmień standardowych ustawionych czy zaprogramowanych przez producentów syntezatorów, beatmaszyn itp. Sam przyznaje że jest to również i moja pięta achillesowa. Jednak aż tak oczywiste wykorzystanie brzmień presetowych w tym numerze aż woła o pomstę do nieba. Nie tak panowie nie tak.

4. Chaos w kompozycji. Mniej znaczy więcej. Już Prince kiedyś mówił że najpierw robi kilkadziesiąt ścieżek, próbuje, testuje aby potem co najmniej połowę wywalić zostawiając to co najważniejsze. W aranżu jest wszystko: synthy, leady, stringi, zsamplowana i gate'owana gitara. Rany, za dużo i bez pomysłu.

5. Na koniec brak chwytliwego motywu. Ok, wiem że teoretycznie jest w wokalu czy raczej w refrenie. Nawet jeżeli nie będziemy się rozwodzić czy na prawdę jest chwytliwy czy nie, czy jest zapamiętywalny czy nie, to jest to zrobione z dupy. Teraz upodabnia się aranż, melodie do wokalu (ew. na odwrót) lub stosujemy najstarszy patent aranżacyjny na świecie czyli "pytanie-odpowiedź". Tutaj jest chaos, chaos i jeszcze raz chaos!

Podsumowując. Przykro mi, numer jest do bani. Jest dokładnie kupą jaką się ma po moich wypocinach w kuchni. Nie tak robi się teraz muzykę. Nie tak się ją realizuję. Realizator rockowy nigdy nie zrobi dobrze numeru tanecznego. Zlecenie napisania i wyprodukowania numeru człowiekowi, dla którego taka stylizacja jest totalnie obca (ale jest znajomym bo przecież tak to działa) - daje efekt właśnie taki jak moje gotowanie - ROZWOLNIENIE

zapraszam do wysłuchania
  • awatar Gość: Idealnie to podsumowałeś! Pjona!
  • awatar Gość: Widząc nawet co teraz akustycy robią na koncertach (sam tego doświadczyłem): wogóle nie mają słuchu do takich rzeczy, nie rozrużniają niektórych instrumentów, wokale mają strasznie wycięty środek gdzie tylko składają się z większości z basów co dochodzi do tego, że ktoś zamiast mówic to BUCZY. W tym nagraniu nie słychac poszczególnych sampli, instrumentów, wokal to jedynie ściana dźwięku, nie wiadomo co to nawet za rodzaj , gatunek muzyki, za dużo instrumentów perkusyjnych. Powiem że to nagranie jest DO DUPY a akustycy chyba nie mają żadnego wykształcenia co do nagłaśniania lub nagrywania.
  • awatar Gość: ale ten kawałek jest taki... żaden. jak większośc hitów w polsce. ostatnio pytałem znajomych, jaki gatunek muzyki robi feel. oni nie wiedzieli i ja nie wiem również.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
W ostatnim Newsweek'u przeczytałem bardzo ciekawy artykuł o nowym serwisie google'a. Nazywa się google trends i oferuje statystyki na różne tematy generowane w/g ilości zapytań ich głównej przeglądarki. Wpisując różne hasła można dowiedzieć się jakie jest zainteresowanie ludzi tymi tematami. Na przykład okazuje się że zainteresowanie hip-hop'em spada, rock też ma się nie najlepiej. Za to zainteresowanie rnb, muzyką klubową jak house i electro wzrasta lub utrzymuje się na w miarę stabilnym poziomie. Dzięki google trends dowiemy się że najwięcej zapytań o Madonnę jest z Włoch. Fascynujące urządzenie

http://www.google.com/trends
  • awatar Gość: Etam, Krzysztof Ignacy Bułłyszko potrafi lepiej przewidyać przyszłość. ;) Poza tym co to za przewidywania, jezeli każdy może tam zamoczyc nosa? Jak dla mnie to się nie liczy. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nawiązując do pytania Doo! w sprawie mikrofonów, postanowiłem pociągnąć ten temat. Znalazłem świetną serię na youtube o tym jak nagrywać wokale w domu. Polecam przesłuchanie tego tutorialu. Ode mnie też kilka tipów:

- Ważna jest odległość i wysokość mikrofonu w stosunku do ust śpiewającego
- Jeżeli używacie pluginu z rodzaju Channel Strip do wokali uważajcie z kompresją. Problem polega na tym że często wokaliści śpiewają nierówno jeżeli chodzi o głośność. Od cichego wokalu do głośnych okrzyków. Kompresor wyrównuje poziomy głośności ale może zbytnio spłaszczyć wokal. Lepiej więc stworzyć dwie różne ścieżki wokalowe i na przykład na drugiej nagrać bardzo głośne partie wokalu.
- Często nagrywa się kilkakrotnie tą samą część wokalu. Jednak ma to brzmieć tak jak by wokalista zaśpiewał to jednym tchem przez cały utwór. Słuchajcie więc za każdym podejściem czy wokal brzmi tak samo. Wystarczy inna pozycja przed mikrofonem aby brzmienie było zupełnie inne.
- Porada dla wokalistów. Nie przesadzajcie. Wokalista, podobnie jak instrumentalista, ma duże ego. Chce pokazać się z jak najlepszej strony. Zadaniem realizatora dźwięku i producenta jest utemperowanie tych ambicji i wstawienie odpowiednich partii wokalu w odpowiednie miejsce utworu. Często zdarza się tak że wokaliści przesadzają z interpretacją. To błąd gdyż wokal ma zapadać w pamięć słuchacza. Dlatego lepiej aby był prosty i bardziej zapadający w pamięć w refrenach i zwrotkach za to "wirtuozerię" wokalową lepiej pokazać w przerywnikach (bridge'ach) lub w podkładowych (drugoplanowych) ścieżkach wokalowych. Osobiście wolę jeżeli wokaliści wzorują się na oldskoolowej Baśce Tucker niż prześpiewanej Maryśce Carey. No ale to kwestia gustu.
- Jeżeli Wasz wokalista/wokalistka ma problemy z utrzymaniem pitcha czyli po prostu zdarza mu się fałszować, jest dużo oprogramowania w stylu Auto Tune czy Melodyne, który naprostuje wokale. Nie należy jednak przesadzać z prostowaniem lub zbyt duża ingerencją takiego oprogramowania w wokal. Prostowacze wokalu uważane są aktualnie jako "industry standard" ale polecam na przykład nagranie dwa razy tego samego. Główną ścieżkę wokalu prostujemy a drugą, cichszą zostawiamy w spokoju (o ile nie jest to totalnie fałszujący wokalista). Wokal nabiera wtedy fajnej harmonii.

A teraz pierwszy z obiecanych youtubowych filmików o nagrywaniu wokali w domu, czy raczej błędach jakie się w tym przypadku popełnia. Filmików jest w sumie 5 z tej serii więc spokojnie znajdziecie kolejne części
  • awatar Ania: @HipHopMAcher: Dobre! Drogi użytkowniku, rajstopy trzeba zmieniać, myć, prać - niezależnie, gdzie je "nosisz". A bandaż? Jak będą na niego pluli rapując to też zacznie im uprzykrzać sesje zapachem... Dobra robota z tym blogiem, Muzyku! ;>
  • awatar muzyk: @HipHopMAcher: w którymś numerze angielskiego Future Music był opis niemieckiego studia gdzie zastosowali bandaż uciskowy rozciągnięty na jakimś małym stelażu domowej roboty :)
  • awatar Gość: A czy jest jakieś inne wyjście niż stosowanie "rajtuzy" zatrzymującej ślinę przed mikrofonem? Po jakims czasie te rajtki zaczynają nieźle walić... Wymyślono już coś zamiast?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Tutaj zamieszczam kilka przykładów, które znalazłem na youtube o tym co ostatnio napisałem.




Doo! zapytał mnie o mikrofon i nagrywanie wokali. Następnym tematem najprawdopodobniej będzie jak nagrywać wokale w domu.
 

 
czystość miksu. Tak gwoli wyjaśnienia. W produkcji muzycznej miks (lub z angielska mix) to nie, jak w przypadku DJ'a, przejście z jednego utworu w drugi. Mix to ustalenie poziomów i zakresów częstotliwości każdego z instrumentów. Często bywa tak że z osobna, każdy z waszych instrumentów gra świetnie, podczas gdy słyszane razem dają nam tylko hałas i ścianę dźwięku. Stąd potrzeba ustalenia ich głośności oraz miejsca w zakresie częstotliwości.

Człowiek słyszy teoretycznie od 20Hz do 20kHz. Dlatego każdy z instrumentów musi mieć swoje miejsce w tym zakresie. Dlatego poniżej zamieszczam takie dwa małe grafy, które mniej więcej pokazują co gdzie powinno się znajdować. To oczywiście teoria i są sposoby aby zmieścić jak najwięcej dźwięków w mixie oraz sprawić aby wszystko było słyszalne i nie przeszkadzało sobie wzajemnie. Ale to kiedy indziej przy okazji kompresorów i głośności poszczególnych instrumentów/ścieżek.


  • awatar Gość: Dla zainteresowanych oto link do bardzo przyjemnego, interaktywnego wykresu jak powyżej. http://www.independentrecording.net/irn/resources/freqchart/main_display.htm
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zamieszczam kilka ciekawych postaci z biznesu muzycznego. To co mają do powiedzenia na pewno zainteresuje tych co robią lub zaczynają robić muzykę.

Pierwszy, krótki wywiad z właścicielem sklepu internetowego Beatport


Brytyjska legenda muzyki house Tom Middleton pokazuje jak zrobić housowy numer

  • awatar muzyk: Zapomniałem dopisać o pluginie do wokalu. To musi być tak zwany wokalowy Chanel Strip. Czyli kompresor i de-esser wlaśnie do zgłosek szeleszczących. Jest kilka ciekawych pluginów, które zastępują Ci hardwarowy pre-amp. TC Electronics ma taki plugin, UAD też ale to rozwiązania do kart DSP (pól hardwarowe, pól softwarowe rozwiązanie). Poszukaj na necie.
  • awatar muzyk: pończocha przed mikrofonem powinna je wyfiltrować. Wokal najlepiej brzmi w zakresie 600Hz do 6kHz. To w sumie wszystko...
  • awatar muzyk: @Doo!: Wszystko zależy od tego ile chcesz wydać. Od najtańszych calkiem niezłych mikrofonów firmy Rode jak na przykład: Rode Nt1, Rode Nt1000 czy Rode K2, przez mikrofony Audiotechnika 2020, 2030 i 2050. Te wszystkie mikrofony są w granicach pomiędzy 600 do 2200 zł. To wszystko nadaje się do domowego studia. Wyżej masz firmy w stylu Peluso, Royer i AKG ale to już wydatek powyżej 4000 zł. Wybierz coś ze średniej półki cenowej ale pomyśl o jakimś preampie. To już większy wydatek więc na początku dobra karta dźwiękowa i dobry mikrofon oraz dobre pluginy dadzą radę. Jeżeli chcesz rozbudować w przyszłości zestaw to wybierz najlepsze na co cię stać. Co do plugina musi to być coś co jest kompresorem specjalnie do wokalu.W polskim języku czy w przypadku polskich (ale też nie tylko) wokalistów jest dużo tak zwanych sylybiantów czyli szeleszczących zgłosek. Oczywiście musisz mieć też filtr czy tak zwaną pończochę przed mikrofonem. Wszystkie tak zwane zgłoski "wybuchowe" jak "bu", "pu", "pa", "
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Według polskiego prawa ustalonego bodajże przez KRRiTV nasze radia muszą grać jakiś tam procent polskiej muzyki. Najczęściej jest tak że polskie numery grane są późno w nocy gdy radia słuchają tylko czekający na klientów taksówkarze. Program przypomina wtedy "historię polskiej muzyki rozrywkowej" z ogranymi numerami od Rodowicz po hip-hop. Radia mają spokój i mogą wykazać "proszę gramy polską muzykę" a podczas dnia gdy jest największa słuchalność lecą playlisty ustalane wraz z największymi koncernami i starymi wyjadaczami. Jeżeli się nad tym zastanowić to jest tutaj kilka kwestii.

Po pierwsze polska muzyka nie jest wystarczająco promowana. Nikt się nią nie interesuje. Polskie numery znikają bardzo szybko z anteny i nawet jeżeli wchodzą na top listy, co oznacza że jednak się podobają, i tak za chwilę są wypierane przez zagraniczne produkcje. Nie fajnie...

Wracając do polskiej muzyki granej w nocy, nawet tam funkcjonuje układ. Grane są od lat te same numery, tych samych wykonawców, którzy zarabiają dzięki temu całkiem niezły "grosz" dzięki tantiemom. Nie fajnie...

Krajowa rada wymyślając przepis o "polskiej muzyce" wyraziła się jasno "polska muzyka po polsku". Jak to się ma do polskiej muzyki na przykład po angielsku? Jak mamy atakować rynki zagraniczne piosenkami śpiewanymi w naszym języku! Polski to nie miło brzmiący, niekoniecznie w łóżku, francuski. Anglik usłyszy co najwyżej szszszczżżższsz. Nie fajnie...

Ogólnie sytuacja jest chora. Polskiej muzyki w radiach praktycznie nie ma. Promowane są te same osoby. Nie ma miejsca dla nowych i ciekawych wykonawców. Nie ma miejsca dla muzyki, która mogłaby być naszym towarem eksportowym bo musi być po polsku. Słyszałem o akcji zbierania podpisów pod petycją do Krajowej Rady o zmianę przepisów. Jednak nawet jeżeli polskie numery po angielsku zaczną być zaliczane do segmentu "polska muzyka", kto wpłynie na skorumpowane media, które wolą rumuńskie disco niż naszych własnych wykonawców. To wszystko jest CHOLERNIE NIE FAJNE...
  • awatar Nortus & Potworna spółka: zgodnie z pierwszą zasadą prawdziwego Polaka: Polska tylko dla Polaków. Inni precz.
  • awatar muzyk: @tonique: Jak już napisałem, nie jestem przeciw dobrej komercji. Zawodowej komercji. Wręcz zachęcam do jej tworzenia na światowym poziomie, jak również całym sercem jestem za dobrą muzyką ambitna. Każda muzyka jest dobra jeżeli jest "na poziomie". Niestety nie zawsze "wysoki poziom" ma znaczenie. Szkoda szkoda szkoda
  • awatar tonique: Wspomniales o puszczaniu polskich numerow noca. To przytocze inny fakt, moze nie zwiazany z polska muzyka, ale z brzmieniami niezwiazanymi z mainstreamem. Wystarczy wspomniec o programie "Male jest wielkie" puszczane w chyba co srode gdzies po polnocy. Dobrze ze udostepniaja te odcinki w necie: http://www.tvp.pl/kultura/magazyny-kulturalne/male-jest-wielkie Moim zdaniem bardzo fajny projekt i bardzo przekrojowa muzyka, ale pokazuje pewna chorobe, ktora trapia polskojezyczne media ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Problem polskich artystów oprócz stylistyki muzycznej, bliskiej biesiadnej i wiejskiej zabawie, to nijakość w wizerunku. Przeciętność i strach przed ekstrawagancją. Jest niewielu artystów, którzy mają na tyle odwagi aby pokazać swoją drapieżność. Nie wiem z czego wynika ten strach. A może jest to kwestia priorytetów. Ważniejszy jest przejaskrawiony artyzm, wygórowane ambicje muzyczne. Spoglądając na wielu światowych artystów o statusach gwiazd widzimy a co ważniejsze słyszymy niezbyt wygórowane umiejętności artystyczne czy wokalne ale nie to zapada w naszą pamięć. Naszą uwagę przykuwa image, zachowanie, kontrowersyjność, kostium. Jest to coś czego brakuje naszym artystom a co może być kluczem do sukcesu.

Mówi się "talent to nie wszystko". To prawda! Muzyka to jedno, ale opakowanie to coś co sprzedaje naszą muzykę. Często status gwiazdy mają ludzie artystycznie przeciętni. Jednak mają w sobie to coś co przykuwa uwagę tłumów. Czysta psychologia, która jest od zawsze nierozerwalną częscią showbiznesu. Wiele razy spotykałem na swojej drodze fantastycznych wokalistów, z ponadprzeciętną techniką wokalną jednak wizerunkowo nijakich. Ci zawsze będą "aktorami drugiego planu". Będą robić chórki technicznie gorszym ale dużo bardziej wyrazistym artystom z charyzmą. Często nie liczy się technika, liczy się pomysł na siebie.

Showbusiness to produkt. Proces twórczy, który zaczyna się w akordach zagranych na fortepianie, słowach napisanych na kartce papieru czy riffach zagranych na gitarze. Jednak to tylko treść. Wnętrze pudełka, które trzeba odpowiednio opakować aby wywołało zainteresowanie publiczności. Fryzury i ekstrawagancja Sigue Sigue Sputnik czy cycki Dody, o których pisałem wcześniej. Nie ważne czym sprzedajemy swój produkt. Zaczynamy od procesu twórczego, mając w głowie jeden podstawowy fakt - chcemy osiągnąć sukces. Mając już dobry muzyczny produkt, sound, piosenkę, MUSIMY pomyśleć jak ją sprzedać. jak zwrócić uwagę ludzi na to że jesteśmy inni od innych, tak na prawdę nam podobnych. W dawnych czasach Elvis prowokował seksualnym tańcem, The Who walili gitarami w zmacniacze, wokalista zespołu The Tubes właził na scenę w koturnach większych niż jego łydki. Nie ważny jest środek, ważny jest efekt. Artystów na świecie są setki tysięcy. Utalentowanych tak samo dużo. Gwiazd jest tylko kilka... pomyślcie o tym ...
  • awatar UNTiTLED: Jako idealistka chciałabym się zgodzić z TinTin. Niestety życie nie jest takie piękne i sprawiedliwe, by docenić artyzm i twórczość muzyków bezwzględnie. Komercja jest bardzo ważnym aspektem dzisiejszej promocji. A jak coś sprzedać najłatwiej? Należy zaciekawić, zaintrygować. Obserwując 'skład sław' w światku muzycznym nie można się nie zgodzić, że wizerunek wpływa znacząco na zainteresowanie, ale też zainteresowania nie determinuje. Są oczywiście przykłady kompatybilności talentu z 'pomysłem na siebie'- Róisín Murphy, Björk, ale niestety jest więcej przykładów zasłaniania "słabizn muzycznych" charyzmą sceniczną. "Naszą uwagę przykuwa image, zachowanie, kontrowersyjność, kostium"...moją przykuwa brzmienie, forma, pomysł muzyczny.Wszystko zależy od nastawienia i upodobań odbiorcy oraz celu 'nadawcy'. Jeśli artysta chce być gwiazdą i trafiać do tłumów- sam talent nie wystarczy, niestety.
  • awatar muzyk: @TinTin: No właśnie sie z Tobą nie zgodzę. Mamy świetnych artystów i to bardzo wielu ale bez charyzmy. Nie ważne czy ta charyzma objawia się w muzyce czy w wyglądzie i zachowaniu. A artystów, którzy są dobrzy i utalentowani oraz maja charyzmę i charakter jest jak na lekarstwo. Hmmm cholera mój blog zaczyna być poradnikiem - jak osiągnąć sukces :)
  • awatar TinTin: Być może coś w tym jest, ale prawda jest taka, że jesli chodzi o polska scene muzyczna (zreszta nie tylko) to niestety nasi "artyści" za bardzo i za często nadrabiają brak talentu tzw. "charyzmą". Jednak nie ulega wątpliwości, że dobry materiał w ciekawej oprawie jest poprostu dobry i obroni sie sam, natomiast g...., choćby było opakowane w złoto-różowo-blond opakowanie - zawsze pozostanie g....
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Wczoraj czatowałem z moim znajomym Belgiem przez skype'a na różne tematy. Jednym z nich była ogólna światowa sytuacja rynkowa dla producentów i artystów. Mimo mojego wrodzonego optymizmu nie mogłem się powstrzymać od nazwania Polski "zadupiem" muzycznym z brakiem większych perspektyw, gdzie liczy się prywata, dobrzy twórcy są pomijani czy wręcz blokowani. Tak tak, blokowani. Moi znajomi, świetny zespół robiący electro-pop, wydali już dwie płyty, zebrali za nie świetne recenzje, podpisali kontrakt z jedną z większych polskich wytwórni aby zostać zablokowani na 5 lat. Poza wytłoczeniem w sumie niewielkiej ilości płyt, wytwórnia nie zrobiła nic aby ich wypromować. Dlaczego? Bo właściciele tej wytwórni też są artystami. Nie chcą konkurencji. Na świecie przede wszystkim liczy się biznes i zarabianie pieniędzy. Jeżeli wytwórnia widzi w czymś biznes i dobry produkt to zrobi wszystko aby na nim najwięcej zarobić. U nas jest dokładnie odwrotnie.

Wracając do mojego znajomego Belga. Wylewając w dyskusji moje osobiste żale i frustracje zastanawiałem się gdzie mogło być lepiej. Może Stany? Może Wielka Brytania. Mój znajomy siedzi już w tym biznesie ponad 20 lat i zjadł na nim zęby. Spieraliśmy się chyba godzinę argumentując który rynek jest najbardziej obiecujący do robienia kariery i pieniędzy. "America is dead" powiedział mój znajomy. Zapomnij. Myśl o Europie. Amerykanie pogrążeni w swoim kryzysie upodabniają się do Waszej sytuacji - inwestowaniu w muzykę "małego ryzyka", ich własną muzykę i ich własnych artystów. Ameryki nie stać na eksperymenty i nowości. Zapadają się w sobie. Europa jest inna. Mamy swoją różnorodność i otwartość na wszystko co nowe. Wbrew pozorom to Ameryka jest bardzo konserwatywna a nie tak zwany "Stary kontynent". Budujące.

No dobrze, a jak to się ma do tych, którzy chcą zacząć swoją przygodę z muzyką. Trochę Was dołuje? Musicie wiedzieć że w biznesie muzycznym trzeba mieć dupę człowieka ze stali, nerwy i cierpliwość Dalajlamy, łokcie szerokie niczym tyłek Liszowskiej oraz przebiegłość Giertycha. Tworzenie fantastycznej muzyki to nie wszystko. Nawiązując do mojego pierwszego felietonu o światowym rynku muzycznym. W obecnych czasach artysta musi być jednocześnie managerem, PR'owcem, biznesmenem i prawnikiem (to aby nie podpisać niekorzystnych umów). Ale to daje nam duże możliwości. Żyjemy w czasach internetu i globalnej wioski. Jeżeli zrobicie coś ciekawego, nowatorskiego, po prostu dobrego, skorzystajcie z ogólnodostępnych narzędzi jak google i myspace. Szukajcie wytwórni. Hasło "record label" wpisane w wyszukiwarkę otworzy Wam wrota do listy setek labeli, które szukają nowości. Wysyłajcie swoje produkcje po świecie a na pewno ktoś się tym zainteresuje. Słuchajcie tego co jest na topie i dajcie coś od siebie. Wtedy droga do sukcesu możliwe że okaże się łatwiejsza. A co do Polski to zapewne będzie tak: olewamy swoich jak robią coś tutaj. Robimy z nich bogów jeżeli osiągną światowy sukces. Jeszcze się o Was upomną ale już na zupełnnie innych warunkach.
  • awatar ProjektShane: ups..moj mail: shanee@o2.pl
  • awatar ProjektShane: witaj :) Przyznam,ze zaciekawil mnie Twoj blog. Od jakiegos czasu probojemy przebic sie w projekcie commercial dance/club. Czy mogłbyś podać swoj mail? Mam pewien temat:)Dzieki.Grzegorz
  • awatar muzyk: @Lazy Bastard: Wspierają ludzi na których mogą zarobić. Ta prosta prawda mówi wszystko... showBUSINESS gdzie business to słowo klucz.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Lubie kontrowersje, lubie szalonych artystów, lubie ludzi kolorowych. Najczęściej jednak okazuje się że poza ekstrawagancka aparycja nie kryje się za tym nic. W dzisiejszych czasach jest wiele zespołów czy wykonawców, którzy swoją aparycję używają jako kartę przetargową. Ich platynowy Master Card image'u, otwierający im każde drzwi zainteresowania mediów jednocześnie straszy nasze babcie i zniesmacza co większych purystów. Szalone fryzury zniewieściałych chłopców z Tokyo Hotel, cycki Dody, tumiwisizm Toli Szlagowskiej. To wszystko marketingowe produkty muzycznego mainstreamu. Jednak oni nie odkryli Ameryki. W latach 80tych, przez wielu uważanych za nudne i kiczowate pojawił się w Wielkiej Brytanii zespół, który przełamywał wszystkie stereotypy, fascynował media, wzbudzał odrazę i budził kontrowersje oraz owinął sobie wokół palca największą brytyjską wytwórnie EMI. A co najważniejsze wymyślili to wszystko sami. Muzycznie byłi połączeniem electro-pop'u z punk rockiem. Wizualnie zawstydzili by niejeden współczesny japoński zespół z nurtu visual-kei. Byli niepokorni, buntowniczy a jednocześnie cyniczni w dojeniu establishmentu. "Dajcie nam swoje pieniądze bo reszte mamy w dupie" zdawały się mówić wszystkie genialne poczynania twórcy grupy Toniego Jamesa. Zespół zniknął z powierzchni ziemi na wiele lat. Obecnie znowu koncertują. Ich przykład pokazuje jednak że można być interesującym, kontrowersyjnym, cynicznym a jednocześnie stać się legendą.

  • awatar Gość: Oooo szok jakie popaprańce! Dzięki za to wideo -poprawia humor.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci internetu jest autor, pisarz, właściciel jednej z najbardziej popularnych w latach 90tych stron internetowych audiocafe .com
aktualnie właściciel arcy ciekawego bloga www.thegreatseduction.com

http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrew_Keen

To człowiek, który jest jednym z największych krytyków tak zwanego Internetu 2.0. Byłem kiedyś na jednym z jego wykładów oraz kupiłem jego książkę "Kult Amatora, Jak internet niszczy kulturę". Nie można się zgadzać ze wszystkimi tezami jakie Andrew Keen głosi ale jest to tak fascynujące że należy koniecznie zapoznać się z tym co ma do powiedzenia.
W skrócie powiem tak - Andrew Keen jest krytykiem wszelakich serwisów w stylu myspace, youtube czy wikipedia. Czyli serwisów w których każdy może umieścić swoją twórczość. Według niego generuje to straszną ilość twórczego badziewia, które dewaluuje wysokiej jakości content (produkcje), dewaluuje produkcje profesjonalistów, daje możliwości każdemu udawania eksperta, artysty, pisarza, gwiazdy. Według pana Keen'a w obecnych czasach nie docenia się wysokiej jakości wartości czy wręcz się ich nie zauważa z racji na ilość wrzucanego na net śmiecia. Nawiązuję tutaj do mojego pierwszego felietonu. Gorąco polecam zakup tej książki. Jeżeli interesujecie się mediami, tym jak ewoluują w aktualnych czasach, to koniecznie musicie ją przeczytać. Jeżeli będziecie mieli możliwość udać się na wykład tego pana, gorąco zachęcam. Na youtube znajduję się wykład jaki Andrew Keen dał specjalnie dla google.

 

 
  • awatar muzyk: @muzyka: Nie jestem sklepem Tak jak napisałem to nie jest tani sport. Zapożycz się, weź kredyt, namów rodzinę. Wiem że to brutalne ale niestety wymagane. Ale nie od razu trzeba mieć wszystko od razu. Po woli uzbierasz sobie wszystko co Ci potrzeba. Ale podstawy są dwie - silny komp oraz to czym słuchasz czyli karta dźwiękowa / interface dźwiękowy oraz głośniki. Połaź po sklepach i kupuj gazety Future Music i Etrada i Studio. Tam jest dużo informacji i testów.
  • awatar muzyka: @muzyk: a co gdy ktoś przykładowo "nie śmierdzi" groszem? jakieś alternatywy dla powyższych sprzętów/programów?
  • awatar muzyk: @muzyka: Nie za bardzo chcę reklamować tutaj konkretne sklepy ale polecam odwiedzenie kilku sklepów internetowych. Aktualnie robie update z Cubase'a 4.5.2 Studio na najnowszą wersję 5. Będzie mnie to kosztować ok 1000 zł plus minus w zależności od kursu Euro. Są też wersje lite. Są oferty dla studentów. Szczególnie Steinberg, producent Cubase'a ma ofertę dla uczących się. Tak zwaną wersję edukacyjną. Polecam poświęcić parę chwil i zadzwonić do dystrybutorów tych programów i dowiedzieć się o oferty specjalne.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
... a jesteś tutaj więc na pewno masz komputer. Pierwsza zasada jest taka - czym szybszy komputer tym lepiej. Następnie wybierz program muzyczny czyli tak zwany DAW (Digital Audio Workstation). Do wyboru jest wiele:

Komputery PC:
- Steinberg Cubase - najnowsza wersja 5, wiodący program na komputery PC oraz wersja na Mac'a. Cieżki do rozgryzienia na początku ale idealnie konfigurowalny do konkretnych potrzeb. Ma świetne brzmienie (o tym przy okazji później). Wiele mniejszych studiów działa na Cubase lub siostrzanym Nuendo. Jeżeli zaczynacie pracę na PC to mimo początkowych problemów polecam od razu naukę na czymś dla profesjonalistów.

- Acid Pro - idealny program dla początkujących tyle że przyjdzie taki moment że i tak przesiądziecie się na coś lepszego

- Reason - wirtualna kolekcja instrumentów, sekwencerów, efektów itp. ale i tak aby wszystko profesjonalnie brzmiało ludzie używają poźniej np. Cubase'a

- Ableton Live - Super narzędzie dla początkujących, zaawansowanych oraz do grania na żywo. Używają go artyści live actowi, DJ'e, świetny do układania aranżów, miksowania, improwizacji live. Niestety przy finalnym zgrywaniu numerów wychodzą jego braki w brzmieniu.

Mac

- Pro Tools - środowisko dla profsów. Pierwszy DAW w historii. W każdym profesjonalnym studiu na świecie stoi Pro Tools. Problem dla domowych użytkowników to cena z racji na to że PT jest systemem pół software'owym - pół hardwarowym. Jednak jest są wersje lite, m-powered bazujące na tańszych rozwiązaniach. Jeżeli planujecie zanosić swoje sesje do profesjonalnego studia Pro Tools jest dla Was

- Logic - Wszystko w jednym. Najbardziej wszechstronny program na Mac'a. Masz Logica to nie potrzebujesz niczego więcej. Świetny sound, niezbyt prosta obsługa ale rekompensuje Wam to że nie musicie dociagać, kupować tak na prawdę niczego innego.

- Ableton Live - to samo co na PC

Mając zainstalowany program wiadomo że musicie słyszeć co robicie. Od tego są karty i interface'y dźwiękowe. Czyli urządzenia które generują i nagrywają dźwięk. To temat rzeka i odsyłam raczej do periodyków i czasopism jak Estrada i Studio czy Future Music (dostępne w kioskach i Empikach). Ogólnie obowiązuje zasada - czym droższe tym lepsze. Do tego dochodzi wam sprawa tego czy chcecie nagrywać żywe instrumenty i wokalistów, macie zewnętrzne syntezatory itd. To wszystko załatwi wam interface dźwiękowy.

- Odsłuchy - czyli głośniki. Najlepiej aktywne czyli takie które maja swoje własne wzmacniacze. Do różnej muzyki są różne głośniki. Polecam udać się do najbliższego sklepu muzycznego lub najlepiej kilku ze swoją ulubioną płyta i tak posłuchać jak każdy z głośników brzmi.

- Klawiatura sterująca - czyli klawiatura MIDI. Klawiatura fortepianowa, która steruje dźwiękami wirtualnych syntezatorów i instrumentów. W dawnych czasach muzycy często wpisywali cyferki lub klikali myszką wpisując elektroniczne nutki. Odradzam ma łe klawiatury 2-3 oktawowe. Nie ma jak położyć dwie ręce na klawiaturę. To na prawdę otwiera duże możliwości twórcze.

Całe domowe studio można złożyc już za ok 5000 zł. Dużo sprzętu znajduje się na allegro i innych tego typu serwisach. Polecam wizytę u kogoś kto już ma takie małe studio w domu. Ostrzegam tylko że muzyka to narkotyk, i to bardzo drogi i wciągający. Wciąż chce się czegoś więcej. Ale kupujcie najdroższe i najlepsze rzeczy na jakie was stać. Tutaj nie można oszczędzać. Apetyt wzrasta w miarę jedzenia więc od razu lepiej kupić coś lepszego.

Jeżeli macie jakieś pytania to chętnie odpowiem.
  • awatar czachoo: Ja jestem bardzo początkująca i mam kilka pytań. Ponadto boję się komputerów:) Pierwsze moje pytanie brzmi: czy są programy, które zapiszą mi nutami i funkcjami harmonicznymi to, co zagram na fortepianie. Po drugie czy są programy w których mogę jakby grać na różnych instrumentach, tzn, np, mam melodię zapisaną nutami i zaznaczam, że chcę żeby tę partię wykonał obój i ten program ma wgraną barwę oboju i mi to po prostu gra barwą oboju. Poza tym mam pytanie o to jakie są progrmay do nauki harmonii klasycznej i jazzowej dla początkujących i w ogóle od czaego najlepiej zacząć jeżeli chcę pisać muzykę. Na razie mam fortepian, dwa głośniki, komputer i cyfrowy dyktafon. I dużo pomysłów. I nieskończoną szkołę muzyczną II stopnia:) pozdrawiam, Kaśka
  • awatar Gość: Wow! Nie wierzyłem, że odpowiesz! Super, dzięki wielkie. Będe śledził bloga, bo można się tu sporo dowiedzieć. Na Youtube faktycznie jest duzo tego materiału, postaram się oswoić z programami o których piszesz... Pokój! :D
  • awatar muzyk: Każdy program muzyczny ma (lub powinien mieć) możliwość nagrywania. W preferencjach zobacz opcję "inputs" twojej karty dźwiękowej. Jeżeli taką znajdziesz to spokojnie nagrasz co chcesz. Pamiętaj jednak że potrzebujesz to tworzenia muzyki coś co będzie odtwarzać więcej niż tylko jedną stereofoniczną ścieżkę dźwiękową. Dlatego powstały programy typu DAW. Tworzysz sobie kilka ścieżek na których odpowiednio grają Ci perkusja, bas, instrumenty podkładowe i... śpiewa twoja siostra. Jeżeli masz problemy z ogarnięciem jakiegoś programu, odwiedź youtube. Tam masz wiele przykładowych filmików jak nauczyć się robienia muzyki krok po kroku na konkretnym programie. Zacznij od czegoś. Nie ważne co, byle byś zaczął się uczyć zasad tworzenia muzy na komputerze. Muzyka to ciągła nauka nawet dla najlepszych.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Oto kilka przykładów do tego co napisałem w moim ostatnim felietonie. Komercja może być profesjonalna i dobrze zrealizowana:

W tym numerze producenci Kylie Minogue sprytnie wykorzystali brzienia electro. Mimo powtarzającego się (zaloopowanego) motywu, numer wpada w ucho i świetnie brzmi.

September - Cry for you. Producenci zastosowali linie basową z wykorzystaniem będących na czasie organów a'la Robin S, których powrót zainicjował Bob Sinclair.


  • awatar Gość: @muzyka: ale w video edit nie chodzi o teledysk. Jak nie usyszales zupelnie innego aranzu, juz od pierwszej sekundy, to ja nie wiem, jak ty głośno słuchasz tej swojej muzyki na "zimny łokieć" :) A propos dobrej komercji, wciąż, będę się upierał... http://wojtasjerzy.wrzuta.pl/audio/fHx6DvY8y3/holly_valance_-_state_of_mind
  • awatar tonique: mniej krzykliwe od francuskiego electro, blizej mu do ogladzonego i nieco przystepnego progressive ;)
  • awatar muzyk: Na koniec - dałem przykłady dwóch dobrze zrealizowanych utworów popowych. Czy się komuś podobają czy nie to już sprawa gustu. Nie o to w tym chodzi. Staram się pokazać że można zrobić dobry popowy numer w każdym zakątku świata poza Polską... niestety.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 

Komercja – słowo cholernie pejoratywne. W naszym kraju wręcz obelga równie wielka jak porównanie Waszych matek do wyrzuconych na brzeg wielorybów z serii dowcipów „Twoja stara”.
To słowo pada najczęściej z ust ponad miarę artystycznych, ambitnych i zakompleksionych twórców uzurpujących sobie prawo do bycia częścią nadętej bohemy, czy równie zakompleksionych nastolatków walczących co ranek z kolejnym pryszczem atakującym ich czoła i nosy.
BŁĄD! Po pierwsze, nie oszukujmy się. Muzyka to nie tylko sztuka, to również biznes, praca i sposób na życie. Każdy artysta jest kochającym uwielbienie ekstrawertykiem marzącym o osiągnięciu sukcesu. Nie krytykujmy ich za to że do tego dążą. Tacy są i już. To dzięki ich naturze mamy tyle wspaniałej muzyki, filmów, piosenek. Sztuka to od zawsze glam, światło ramp, zainteresowanie gawiedzi czyli... komercja. Myślicie że w swoich czasach Mozart nie był komercyjny? On i jemu podobni z równym zaangażowaniem lizali królewskie pośladki dla sławy, pieniędzy i poklasku żyjąc w rozpuście i imprezach przy których wyrzucany telewizor z okna hotelowego przez członków grupy The Rolling Stones to pestka. Jednak nikt nie zaprzeczy że byli wielkimi artystami i dali nam coś niesamowitego.
Dokładnie dzieję się to dzisiaj i jak w dawnych czasach są artyści komercyjni DOBRZY i artyści DO BANI! Szczególnie w Polsce. Kogo uważam za dobrego artystę komercyjnego? Natalia Kukulska, stare dobre Kombi przez jedno „i” oraz parę osób niestety spoza radiowego mainstreamu ale próbująca. Reszta to komercja zła bo... polska. Nie zrozumcie mnie źle, jestem jak najbardziej patriotyczny (po to skrobie te słowa). Jednak typowa polska komercja zasługuje na swój pejoratywny oddźwięk.
Świetne ale przynudzające i absolutnie bezbarwne wokalistki o ekspresji „przygarnij kropka bo mój facet właśnie przygarną kropkę z większymi cyckami”. Zespoły robiące rock a raczej pop-rock dla przeżywających swoją pierwszą menstruacje nastolatek. Techno dancowe łomoty w których brakuje tylko wokali „jazdaaaaaa” oraz narodowe i biesiadne zespoły rockowo-popowo-folkowo-jakieś-tam.
Dlatego mówię wszem i wobec – TO NIE TAKIE TRUDNE. Tak samo jak za granicą tak i w Polsce mamy taki sam sprzęt, te same rączki i główki i możemy tworzyć muzykę dokładnie na takim samym poziomie co Anglicy, Szwedzi czy Francuzi. Jak to zrobić? Słuchać jak to robią inni. Uczyć się od nich. Madonna odpowiednio szybko (i tak z pewnym opóźnieniem) zareagowała na klubowy trend w swojej przedostatniej płycie gdzie przy produkcji swoje palce maczał m.in. Thomas Banghalter z Daft Punk. Nie trudne było połączenie dobrego beatu, housowej linii basowej i chwytliwych wokali. Zadziałało. Amerykańskie neo-punkowe kapele przypominają wielu podstarzałym rockerom o co w tym wszystkim chodzi. To wszystko jest dobra, profesjonalnie wyprodukowana, zrealizowana i nagrana komercja. Świetny produkt, który się sprzeda i można być z niego dumnym.
W Polsce mamy komercję produkowaną pod naszych odbiorców lubiących miałkość, nijakość, przeciętność. Lubimy się bawić na wiejskich weselach i to mamy we krwi. Dlatego nikt nie ryzykuje zrobienia czegoś na światowym poziomie. Wspomniana wcześniej płyta Kukulskiej „Sexy Flexi” była po prostu za dobra. Zbyt amerykańska. Zbyt światowa na nasz nijaki rynek. My po prostu lubimy zachwycać się artystami zagranicznymi podczas gdy nasi mają być tacy jak my. Szarzy, zwykli, pospolici...
  • awatar tonique: Tia ze slowem 'komercja' wielu szachtuje tak, jak ze slowem 'underground'. Zreszta stala sie jakas moda na mowienie, iz slucha sie andegrandowej muzyki, co dla mnie jest dosyc smieszne z puntku widzenia samego znaczenia slowa :).
  • awatar Gość: Budujące. Serio. Gdybym był muzykiem, czułbym, że ktoś przyłapał mnie z ręką w gaciach i wyśmiał mówiąc, że przecież mógłbym ogarnąć sobie klawy seks. Wyśmienite. Piszesz z lekkością, z pasją. Good.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Chyba jednymi z największych rewolucji na rynku muzycznym od wielu lat było m.in. pojawienie się płyty CD oraz start pierwszej muzycznej telewizji MTV. Zespół The Buggles w swoim przeboju „Video Kills The Radio Star” zwiastowało nadejście nowej ery w muzyce. Dewaluacji płyty, dewaluacji muzyki, odwrócenia uwagi słuchacza od dźwięków w stronę wizualnych doznań. Dotychczasowy marketing produktu jakim była fizyczna płyta wykonawcy musiał się zmienić. Wytwórnie musiały odnaleźć się w nowych warunkach gdzie również wizualna strona miała znaczenie. Dobry klip mógł pociągnąć całą sprzedaż. Odpowiedni wizerunek artysty miał kolosalne znaczenie dla działów marketingu a zmiany w myśleniu były rewolucyjne – już nie radiowi DJ'e dyktowali co jest dobre a co nie. To telewizja wkładała nam do głowy czego należy słuchać. Miało to dobre i złe strony ale... stało się coś niezwykłego. Dzięki telewizji prawie namacalny artysta wszedł pod strzechy. Odbiorcy przestali wychodzić na koncerty. Kontakt z muzyką przeniósł się z sal koncertowych, małych klubów i otwartych przestrzeni festiwali do pokoju każdego nastolatka w którym stał telewizor. Na wiele lat bezpośredni kontakt artysty z publicznością zmalał do niespotykanej dotychczas skali. Dodajmy do tego rosnącą od początku lat 90'tych dominację klubowych DJ'ów i przez prawie dwadzieścia lat mieliśmy sytuację gdzie artysta był profesjonalnie wyprodukowanym ale w dużej mierze sztucznym i odseparowanym od słuchacza produktem za którym stał perfekcyjny marketing wielkiego biznesu muzycznego. Jednak to co się dzieję od kilku ostatnich lat trzęsie posadami największych koncernów płytowych, sieci sklepów a cały rynek rozpada się jak domek z kart.

Zacznijmy jednak od początku czyli źródła problemu. Komputery od samego początku dobrze zadomowiły się w świecie muzyki, jednak pojawienie się internetu, pojemniejszych nośników i idei samplingu czyli nagrywania sygnału analogowego na format cyfrowy, zrewolucjonizowało świat komputerów. Problemem była jednak duża objętość plików dźwiękowych. Już od lat 80tych trwały pracę nad różnymi popularnymi formatami kompresji plików dźwiękowych. Pierwszy MPEG-1 pojawił się w 1991 roku i został oficjalnym standardem już 2 lata później. MP3 jako zatwierdzony standard pojawił się w 1995 roku i od tego momentu składowanie muzyki na komputerze, jej odtwarzanie i wymiana przez Internet stały się proste i łatwe. Oczywiście wszyscy znamy dalszą historie. Sukces pierwszego popularnego programu do wymiany plików MP3 jakim był Napster. Pierwsze bitwy jakie toczył wielki przemysł muzyczny z anarchią Internetu. Pierwsze straty w sprzedaży. Pierwsze przenośne odtwarzacze MP3 i przez to odejście od płyty CD. Ale to tak naprawdę było preludium do tego co przyszło niedługo potem. Odchodząc trochę od głównego tematu trzeba sobie uzmysłowić zmianę jaka również dokonała się w samym Internecie. Pierwotny i tak zwany Internet w wersji 1.0 był organizmem w którym firmy były dostawcą kontentu, informacji, również muzyki a użytkownik tylko biernym odbiorcą. Jednak seria rewolucji technologicznych była już niemożliwą do zatrzymania lawiną. Rozwój mocy obliczeniowych komputerów i oprogramowania muzycznego pozwolił praktycznie każdemu na tworzenie swojej własnej muzyki w domu na poziomie jeszcze kilkadziesiąt lat temu dostępną tylko profesjonalistom a serwisy takie jak Myspace, Youtube, Facebook, Sellaband czy różne blogi na natychmiastową ich publikację, reklamę i marketing. Tak powstał Internet w wersji 2.0 gdzie każdy mógł być dostawcą kontentu. Każdy mógł być filmowcem, literatem, muzykiem, dystrybutorem i marketingowcem samego siebie. Nagle dotychczasowy układ sił: dostawca-odbiorca zmienił się diametralnie. Koncerny muzyczne, dystrybutorzy, kreujące gwiazdy media, sklepy muzyczne straciły monopol. Władza przeszła w ręce zwykłego Kowalskiego na skalę o jakiej nie marzył nawet Marks i Lenin.

Mamy rok 2009 i czas wielkiego kryzysu w jakim znalazł się rynek muzyczny i nie tylko związany z globalnym kryzysem gospodarki. Zewsząt słyszymy wręcz paniczne głosy o zatrważającej sprzedaży płyt, wielkich stratach jakie ponosi przemysł fonograficzny, szerzącym się piractwie, po raz kolejny dewaluacji artyzmu, tym razem przez przesycenie rynku liczbą, często miernych produkcji. Czy to już koniec muzyki? Czy to koniec dla artystów, kompozytorów i wykonawców? Apokalipsa? Jak najbardziej nie! To rewolucja przy której pojawienie się pierwszych płyt, pierwszych gramofonów, pierwszych stacji radiowych czy wspomniane na początku płyta CD i telewizje muzyczne wydają się nic nie znaczącymi stopniami w rozwoju tego samego systemu dystrybucji muzyki. Schemat był zawsze ten sam: twórca-wydawca-dystrybutor-odbiorca. Teraz ten schemat skurczył się do dwóch ogniw: twórca-odbiorca. Oczywiście upraszczam tutaj cały system ale generalnie właśnie dzięki staremu „łańcuszkowi” zależności powstały wielkie fortuny, wielkie koncerny fonograficzne, sieci sklepów, rozwijał się wielki przemysł muzyczny, który aktualnie chwieje się w posadach. Przykładów jest wiele. Zamykane są wielkie sklepy sieciowe jak chociażby oddziały Virgin Megastore. Ludzie tracą pracę a na jednych z najważniejszych targów muzycznych na świecie MIDEM w Cannes liczba wystawców i delegatów spadła tylko w przeciągu roku o 30%! Duże koncerny muzyczne nie wiedzą jak odnaleźć się w nowych warunkach i zatrudniają specjalne firmy szkoleniowe, które wyjaśniają im nowe zasady gry. Nadchodzi czas niewielkich ale prężnych wytwórni które potrafią wykorzystać technologie Internetu v.2.0 do dystrybucji i reklamy muzyki podczas gdy duże koncerny wciąż obarczone są ciężarem administracji, wypracowanego przez lata systemu, liczby zatrudnianych pracowników i potężnych kosztów. Nadchodzi czas labeli, które mają mniej artystów ale za to poświęcają im więcej uwagi.

Jak przetrwać a co najważniejsze jak zarabiać w obecnych warunkach? Płacz o piractwie jest najczęściej przykrywką dla własnych niepowodzeń lub strachu przed przyznaniem się do błedów. Sukces sklepów internetowych takich jak iTunes, Amazon czy wyspecjalizowanych sklepów jak DJ'ski Beatport, muzyka ściągana na telefony komórkowe itp. pokazuje że odbiorcy jednak chcą za nią płacić. Jednak króluje teraz idea - nie ile muszę zapłacić za muzykę ale ile chcę. O sztucznie pompowanych cenach płyt wiedzieliśmy już od dawna ale mają się one nijak do cen pojedynczych utworów kupowanych przez internet. Jednak nareszcie jest alternatywa. Odbiorcy nie chcą kupować całych albumów, chcą wybierać swoje własne playlisty, tego co im się najbardziej podoba. To przysłowiowy Kowalski steruje teraz rynkiem muzycznym a nie odwrotnie. Na to nowe myślenie najszybciej zareagowali właśnie mali wydawcy rozwijając cyfrową dystrybucję w setkach sklepów internetowych, wypuszczają pojedyncze tracki często w różnych wersjach, chętnie licencjonują pojedyncze utwory na składanki, do firm które dostarczają muzykę do radiowęzłów w sklepach, siłowniach, hotelach itp. W poszukiwaniu nowych źródeł dochodu do łask wracają koncerty, live acty, muzyka wraca do źródła jakim był bezpośredni kontakt z odbiorcą. Rynku muzycznego nie stać na rozbuchane zaplecze dystrybucyjne i marketingowe. Pieniądze jakie aktualnie krążą na rynku w większej ilości zaczynają trafiać do artystów a nie do kieszeni koncernów. Specjalizacja tematyczna a jednocześnie szeroka dystrybucja jest drogą która w obecnych czasach naprawdę działa. Gdy na wspomniane wcześniej targi muzyczne MIDEM przyjeżdża co raz mniej delegatów lub jeżeli już to załatwiają oni interesy w kafejkach po drugiej stronie ulicy by nie płacić chorendalnych pieniędzy za wejście, w tym samym czasie rozwijają się mniejsze i tańsze targi tematyczne jak chociażby najważniejsze targi dla muzyki elektronicznej Amsterdam Dance Event gdzie już na miesiąc przed rozpoczęciem organizatorzy przestali przyjmować zapisy.

Jak ta cała sytuacja ma się do naszego polskiego podwórka? Raczej źle. Nie oszukujmy się, zawsze byliśmy w tyle za tym co się dzieje za granicą. Czy to w stylistyce muzycznej czy w sposobach dystrybucji. Jednak sytuacja powtarza się i u nas. Małe labele, firemki założone przez kilku przyjaciół dają sobie co raz lepiej radę i to nie u nas w Polsce ale właśnie za granicą. Dzięki tej rewolucji jaka się aktualnie odbywa wreszcie polska muzyka zaczyna być doceniana na świecie. Dzięki zaistniałym zmianom, artystów nie pętają już więzy układów i skostniałego systemu. Bocznymi furtkami, za ułamek kosztów atakujemy zagraniczne rynki. Patrząc na bookingi wielu polskich artystów, zespołów czy DJ'ow na ich stronach na Myspace widzimy miasta i kluby z całego świata. Przykłady polskich artystów znanych za granicą a nie zauważanych w naszym kraju i przez polski mainstream można mnożyć. Co raz częściej i sami artyści zakładają swoje własne labele. Nie wiążą ich killerskie umowy z wielkimi wytwórniami.
Dodatkowo rynek muzyki na świecie sam zaczyna siebie regulować. Z rosnącej liczby muzycznego śmiecia odbiorcy sami wybierają to co im się najbardziej podoba i to co jest wartościowe. Zwykła wygoda, jakość i bezpieczeństwo przekonuje ich do zakupu muzyki w nowy sposób. Eksperci nie dyktują co jest dobre ale używając nowych mediów stają się doradcami przeciętnego słuchacza. Oczywiście zawsze znajdą się puryści chcący mieć wysokiej jakości płytę CD, cały album czy wręcz płytę winylową jednak w obecnych czasach są w mniejszości. Jedna rzecz która się jednak nie zmieniła to źródło muzyki u której zawsze będzie artysta, twórca, autor, zespół. Dotychczas niedostępny, odgrodzony przez wielki przemysł muzyczny zaczyna znowu zbliżać się do odbiorcy. Jest zmuszony o niego zabiegać a nie o przychylność czy wręcz łaskę wielkiego koncernu. Gwiazdy takie jak chociażby Metallica rozdają swoją muzykę za darmo (każdy ich zarejestrowany koncert jest do ściągnięcia z internetu) aby zareklamować swoje tournee. Przemysł muzyczny na świecie doszedł do momentu że wszyscy zaczynają zdawać sobie sprawę że jadą na tym samym wózku i monopole, układy, egoizm, stare myślenie prowadzą tylko do samo destrukcji. W dobie kryzysu, tracą wszyscy. Jednak odbije się to najbardziej na największych graczach. To oni stracą największe pieniądze. To oni stracą największą część przysłowiowego tortu, który będzie teraz wolny dla mniejszych i dynamiczniejszych. Konkurencja będzie w niespotykanej skali ale wreszcie będzie warto walczyć.
 

 
Witam, założyłem ten blog jako miejsce przemyśleń na temat światowego oraz polskiego rynku muzycznego. Tak wiele dzieje się w świecie muzyki dobrego i złego. Rynek muzyczny podlega ciągłym zmianom, których zrozumienie okazuje się nie takie proste. Słuchacz jest odbiorcą finalnego produktu nie wiedząc jaki jest proces jego powstawania od pierwszych uderzeń w struny gitarzysty, klawisze pianisty, beaty producenta czy DJ'a po trudne do zrozumienia zależności rynkowe, dlaczego słyszymy w radiu, w naszych odtwarzaczach MP3 to co słyszymy.
Jednocześnie zamierzam umieszczać tutaj felietony z moimi przemyśleniami o naszym rynku muzycznym, artystach, muzyce oraz... porady dla tych, którzy chcą zacząć swoją przygodę z muzyką. Dlaczego chcę to zrobić? Z kilku powodów. Wkurzają mnie rzeczy, które dzieją się u nas w kraju. Mam poczucie misji edukowania i uświadamiania ludzi o tym co się dzieje i jak to działa. Jednocześnie wierze że mamy na tyle utalentowanych osób, że dzięki kilku poradom, pokazaniu muzycznej drogi, jesteśmy w stanie mieć artystów i produkcje na światowym poziomie. To co się dzieje w Polsce to po prostu muzyczna KUPA. Polski muzyczny mainstream (główny nurt) tak odstaje od reszty świata że aż woła to o pomstę do nieba. Dzieje się to z wielu powodów o których zamierzam tutaj pisać. Wątpię czy coś to zmieni w mentalności większości starych wyjadaczy. Jednak nowi mają iść swoją drogą. Czerpać wzorce z zagranicy gdzie po prostu wiedzą lepiej i iść pod prąd polskiego establishmentu muzycznego. Czy jako artyści offowi, undegroundowi czy robiący komercje ale na światowym poziomie.
Pierwszy felieton jaki tutaj zamieszczam tyczy się sytuacji na rynku muzycznym generalnie na świecie. O zmianach jakie dokonują się w muzyce w 21 wieku. Zapraszam jednocześnie do dyskusji. Umożliwiłem komentowanie moich felietonów na każdego, również niezalogowanych użytkowników pingera.
  • awatar ▲▲I hope †▲▲: no pomysł nie zły zapraszam do mnie i powodzenia oczywiście .! :)
  • awatar tonique: @muzyk: Ano mial mial najlepszy PR :) Bo jego PR byl bardzo dlugookresowy :) No i z glowa najwazniejsze :)
  • awatar muzyk: @tonique: Nie można się nie zgodzić jeżeli chodzi o Jezusa. W jego czasach było wielu jemu podobnych (wierzących odsyłam do poczytania o historii tego rejonu świata w tych konkretnych czasach) ale on miał po prostu najlepszy PR ;) Moim celem jest chęć zmiany polskiego podejścia do muzyki i tego jak ją robimy. To zapewne walka z wiatrakami ale kto nie próbuje... Pewnych ludzi zmienić się nie da a tym bardziej oderwać od koryta. Ale są nowi i młodzi i to w nich cała nadzieja. Pewne prawdy o jakich tutaj piszę może są kubłem zimnej wody na głowy młodych i ambitnych ale do odważnych świat należy. Obama powiedział "Yes we can". Mam podobne poczucie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›